Gryficki Klub Rowerowy
Czy wiesz że ?

Jazda rowerem to same korzyści ? Regularne korzystanie z roweru wpływa na poprawę zdrowia i przedłuża oczekiwaną długość życia.

Czytaj więcej

Nasze Osiągnięcia

2006Świnoujście 1 miejsce Marek Zadworny.

2007Łobez Marek Zadworny 1 miejsce.

Czytaj więcej

Karlino – Odrodzenie 2018

Ultramaraton rowerowy ODRODZENIE  A23  Karlino – Odrodzenie 555km
Już w ubiegłym roku kiedy Robert Wojciechowski napisał na Fb o takiej imprezie miałem chęć sobie pojechać i wreszcie mieć na swoim koncie zdobycie na rowerku tego najtrudniejszego podjazdu w Polsce. Chodziło mi to po głowie kiedy w 2014 roku planowałem przejazd dookoła Polski z przejazdem przez jak najwięcej znanych podjazdów począwszy od Bieszczad a skończywszy przy zakręcie śmierci w Szklarskiej Porębie. Razem z moim współtowarzyszem podróży Jankiem Doroszkiewiczem zaliczyliśmy ponad 60 podjazdów ale po poradach naszych kolegów na Klasyku Kłodzkim z podjazdu na Przełęcz Karkonowską żeśmy zrezygnowali. Teraz miałem okazję zmierzyć się z tą ścianą. Tegoroczną edycję Robert ogłosił wcześniej , było wiadomo co gdzie i jak , namówiłem Piotra Siupkę i Rysia Maziarza i pojechaliśmy.
Organizacyjnie ogarnęliśmy to tak że mój zięć Łukasz zawiózł naszą trójkę z rowerami w sobotę rano do Karlina gdzie był start , a później miał po nas przyjechać do Przesieki by nas odebrać. Tak więc na 8 stawiliśmy się na miejscu startu i o 9 ruszyliśmy w drogę. Początkowo jechaliśmy wszyscy razem ale już za Białogardem wszystko się podzieliło- z przodu jechał Jarek Kędziorek, za nim grupka kolegów z Poznania , dalej nasza trójka i później pozostali. Na pierwszym PK na 106km w Mirosławcu i tak się wszyscy spotkaliśmy , my zrobiliśmy to co potrzeba- podpis i uzupełnienie płynów i ruszyliśmy jako pierwsi. Później „poznaniacy” nas dogonili. W między czasie Jarek  złapał gumę i oczywiście nieplanowany postój. Jeszcze przed Trzcianką z daleka widzimy jak poznańska grupa zatrzymuje się obok Jarka bo okazało się że złapał drugą gumę. My pojechaliśmy dalej. Tuż przed Trzcianką przy jeziorze Rysia / mieszka w Trzciance / kolega zrobił nam dodatkowy PK. Czego tam nie było – kaszaneczka na ciepło, naleśniki, ciasto , pianka bezalkoholowa, napoje energy. Oj aż szkoda było wyjeżdżać. Zauważyłem jadącego samotnie Jarka i od razu go zawołałem na popas. Przyjechał coś zjadł wypił i dalej pojechał. My też po chwili ruszyliśmy. Dojeżdżając do Poznania stwierdziliśmy że mamy bardzo dobry czas. Troszkę zmarudziliśmy klucząc po Poznaniu by znaleźć PK który na 259km mieścił się w mieszkaniu jednego z kolegów. Dzięki nawigacji nie błądziliśmy i dojechaliśmy . Zjedliśmy makaron z sosem, uzupełniliśmy płyny i jazda dalej. Oczywiście wyjechaliśmy piersi , ale już po chwili dogania nas Jarek i już po kilkuset metrach znika. Po jakimś czasie dogania nas też Poznańska Grupa i oni tez się powoli oddalają- my jedziemy równym tempem nie za szybko nie za wolno. Na następny punkt na 328km w Krzywinie dojeżdżamy już po zmroku, szybka obsługa , bułka z wędliną, płyny , kupione też na stacji paliw i ruszamy dalej. Po sporych zawirowaniach z trasą  pomimo dobrej nawigacji jedziemy po niepewnych drogach które wcześniej są oznaczone jako zamknięte lub jako ślepe. W miedzy czasie zaczyna mnie „łamać” i decyduje się na postój na przystanku i poćwiczenie oka. Krótko bo krótko  / chyba z15 minut  / troszkę powieki odpoczęły i jedziemy dalej . Po jakimś czasie znowu muszę przymknąć oko , Piotr z Rysiem korzystają z chwili i ubierają kurtki. Tak dojeżdżamy na PK do Lubina który mieścił się na 425km. Tutaj kolega z obsługi punktu proponuje nam spanko w aucie. My z Piotrem z tego korzystamy a Rysiu przykrywa się jakimś kocem zasypia na trawniku. Nie wiem ile żeśmy spali  / chyba z30 minut / ale to nam bardzo pomogło. Po przebudzeniu Idziemy na stację gdzie jest cieplutko, kupujemy wszyscy kawę i hot-doga   i po takim posiłeczku Az chce się jechać. Ja idę na dwór się  ubrać zakładam nowe spodenki i grubiej się ubieram – jest ranek i jest już chłodno a jak się jedzie temperatura odczuwalna jest jeszcze niższa. Po chwili ruszamy mając w perspektywie zbliżające się podjazdy. Jeszcze  kilkanaście km po w miarę płaskim terenie ale już za Złotoryją zaczyna się to co najtrudniejsze w tym ultra maratonie. Na początek lekka rozgrzewka i już po chwili  dłuższy konkretny  podjazd przez Gozdno w kierunku na Świerzawę. Ale już od Świerzawy do Jeleniej Góry ponad 8 km podjazd podzielony na 3 etapy oznaczone takim miłym znakiem z zaznaczonym procentem nachylenia / ty były to 11-12% / Na końcu tego podjazdu Rysiu łapie kontuzję i jeszcze kręci z nami ale w Jeleniej Górze zostaje i twierdzi stanowczo że nie może już jechać. Trzeba też mieć jaja by po ponad 550km przejechanych km powiedzieć dość patrząc na swoje zdrowie. Rysiu dojeżdżając do Jeleniej Góry też jesteś zwycięzcą w tym Ultramaratonie . My z Piotrem jedziemy dalej. Zatrzymujemy się na jakieś knajpce w Staniszowie bo od Jeleniej Góry jedziemy tak wypłukani , bez wody że nie da rady poruszać się dalej. Tutaj jemy obiad i pijemy piankę i też uzupełniamy wodę w bidonach. Muszę napisać że Pani w Restauracji tak nas „skroiła” za ten posiłek że sami byliśmy zdziwieni, i po przeanalizowaniu paragonu okazało się że jeszcze chciała nas oszukać na 21 zł wpisując dodatkowe napoje. Nie rozumiem takich ludzi. My nie mieliśmy wyjścia bo byśmy spadli z rowerów , ale ona widzi rowerzystów ….. a szkoda gadać. Jeszcze za wodę którą przyniosła w dzbanku / na pewno z kranu  / zapłaciliśmy 5 zeta – szok. Dalej pojechaliśmy kierując się do Karpacza na ostatni PK. Tu dojeżdżamy w gorączce , więc decyzja jest jedna – rozbieramy się i jedziemy na letniaka. Zostaliśmy w spodenkach i koszulkach bez potówek, ja zostawiłem sobie jeszcze wiatrówkę i to był strzał w dziesiątkę. Po chwili zostawiamy nasze torby pod siodłowe i jedziemy dalej przez Karpacz cały czas pod góre w kierunku na Świątynię Wang. Po drodze koło Orlenu zatrzymujemy się przy sklepie , dolewamy wody i się nawadniamy bo dalej już nie będzie okazji. Po meczącym podjeździe do Świątyni Wang zjeżdżamy ostro w dół , później już w lewo i od Borowic zaczyna się „wisienka na torcie” Najsłynniejszy i najtrudniejszy podjazd w Polsce – Przełęcz Karkonowska – Odrodzenie. Ponad 10km podjazdu  na początku w miarę łatwy odcinek o dobrej nawierzchni. Najtrudniej zaczyna się od ostrego podjazdu od głównej drogi w lewo obok wiaty na odpoczynek .Jest bardzo ostro w górę i tu się troszkę wystraszyłem czy nie polecę do tyłu / jeśli ktoś nie widział to od nachylenia ok.8% od razu jest zmiana nachylenia na ponad 18% /  ale po chwili już siedziałem na rowerku i równym tempem zaczynałem swoją walkę z tą ścianką. Później się troszkę wypłaszcza /jeśli nachylenie ok.8-10% można nazwać wywłaszczeniem. Ale na koniec zaczyna się prawdziwa ściana płaczu aż do samego szczytu przełęczy. Wjechałem , zaliczyłem i jestem zadowolony i szczęśliwy. Niektórzy się śmiali z mojego przełożenia ale na takie wyzwania trzeba się przygotować. Powiem tak jeśli ktoś nie może sobie wyobrazić takiego nachylenia to uwierzcie że jadąc te najtrudniejsze najbardziej strome odcinki najbardziej obawiałem się przewrotki , bo moje przednie koło nie raz odrywało się od drogi. Po przyjeździe Piotra od razu w schronisku zjedliśmy posiłek i wypiliśmy po piance. Nie było za ciepło więc  po zrobieniu pamiątkowych fotek kierujemy się w dół do Przesieki gdzie mamy wszyscy uczestnicy nocleg i planowana jest wspólna kolacja i zakończenie Ultramaratonu. Ja zjeżdżam ale Piotr w obawie o rozgrzane szosowe hamulce musi od czasu do czasu zrobić przerwę w zjeździe i iść z „buta” Po przyjeździe do OW Chybotek siedzimy z kolegami i opowiadamy wrażenia z trasy. Później już kolacja i zakończenie i po kąpieli ok. 21 cała trójka zasypia jak niemowlaczki. Wstajemy ok.5 rano dzwonię do Łukasza i wiem że będzie u nas ok.5:30. Pakujemy się i jedziemy do domu. Kolejny Ultramaraton zaliczony. Góry to jednak nie moja bajka ale niektóre ultrasy kończą się w górach i trzeba to przełknąć. Teraz za tydzień w sobotę maraton w Świdwinie , ale jeśli chodzi o Ultra to BBT pod koniec sierpnia.

1-001
4-001
3-001
2-001
Udostępnij na: